sobota, 12 listopada 2011

One day

Obecny weekend z góry przeznaczyłam na dwie sprawy - projekty semestralne (na PG semestr kończy się zaraz po Świętach, także wbrew pozorom nie zostało zbyt wiele czasu) oraz kino. Szykowały się dwie premiery - nasze polskie "Listy do M." i "Jeden dzień". O ile ten pierwszy ma dość rozbudowaną kampanię reklamową, to o drugim dowiedziałam się zupełnie przypadkiem z Filmwebu. Kliknęłam na "Jeden dzień" w dziale "Nadchodzące premiery" i oczom moim pojawiły się nazwiska - Hathaway i Sturgess. Strzał w dziesiątkę. Poza samymi aktorami, uwagę przykuł także plakat - jako że jest w kolorystyce typowej dla mojego stylu fotograficznego. Zdjęcie jest naprawdę piękne, zresztą to samo mogę po obejrzeniu powiedzieć o samym filmie.

Warto jednak zaznaczyć, że próżno szukać tej produkcji w repertuarze multipleksów. Niestety, większość kin postawiła na mierny "Wyjazd integracyjny", który nie śmieszy nikogo, czy jakieś filmy sci-fi, które nijak mają się do mojego gustu kinowego. W związku z tym na "Jeden dzień" wybraliśmy się z Lubym do zabytkowego wręcz kina Neptun na naszej gdańskiej Starówce. Ostatni raz byłam tam kilka lat temu, w liceum, jako że nasza szkoła (równie zabytkowa) ilekroć miała organizowane zbiorowe wyjścia do kina (fundowane przez Prezydenta Miasta), zawsze wybierała Neptun. Lubię myśleć, że to ze względu na chęć utrzymania tradycji tego miejsca, ale myślę, że głównym argumentem przemawiającym na korzyść tego akurat kina są koszta - które w tym przypadku są stosunkowo niskie w porównaniu z multipleksami. Tak czy siak, miło było tu powrócić, chociaż jestem już tak zmakdonaldyzowana, że kino bez popcornu (zwłaszcza, gdy cały dzień szczędziłam sobie jedzenia, by móc bez skrupułów nadrobić to popcornem) jest ciężkie do zniesienia, a w Neptunie próżno szukać jakiegokolwiek stoiska z przekąskami czy nawet automatu. Dlatego właśnie na sali usiadłam nieco naburmuszona, aby po pierwszych minutach filmu zupełnie zapomnieć o całym świecie naokoło, o burczącym brzuchu czy czekającą mnie w domu robotą. Bo "Jeden dzień" sprawia, że to wszystko przestaje mieć po prostu znaczenie.

Jeśli ktoś nie słyszał jeszcze nic o tym filmie, w skrócie powiem, że jest on oczywiście o miłości. O miłości dwojga młodych ludzi, których losy są sprytnie przedstawione przez ponad 20 lat ich życia, od ukończenia studiów w 1988 roku, do roku 2011. Troszkę jednak zakłamali sens filmu - z zapowiedzi zrozumiałam, że Emma (Hathaway) i Dexter (Sturgess) co roku 15 lipca spotykają się, żeby opowiadać sobie o swoich rozterkach, miłościach, pracy itd. Tymczasem forma jest nieco inna - owszem, wszystko w nim przedstawione dzieje się zawsze 15 lipca, jednak jest raczej sposób na przedstawienie "przekroju" ich losów, ponieważ nie zawsze dochodziło do spotkania, czasem nawet ze sobą nie rozmawiali. Myślę, że tym sprostowaniem nikomu nie zepsułam możliwości oglądania, a przynajmniej mam taką nadzieję. ;)

Dobór aktorów był naprawdę udany, dobrze było znów zobaczyć na ekranie Jima Sturgess'a, którego po kultowym "Across the universe" kocham miłością nieprzerwaną. I trzeba przyznać, że w "Jednym dniu" gra znakomicie - w pierwszych scenach ujął mnie za serce zarówno wyglądem (achhhh), jak i sposobem bycia, mówienia, ogólnie wszystko mi się w nim podobało. W środku filmu nienawidziłam go szczerze i uważam, że to jego ogromny sukces, bo w jednym filmie, poza zasługami charakteryzacji, był zupełnie innym człowiekiem, inaczej mówił, zachowywał się, gestykulował. Naprawdę zaskoczyły mnie jego zdolności kreowania postaci, bo gdyby wyciąć różne momenty z filmu, w każdym z nich był inny. Jeśli zaś chodzi o Anne Hathaway, większość filmu spędziłam ubolewając nad jej fryzurami i ubiorami, jako że przez charakteryzację straciła całe swoje piękno i wdzięk. Oczywiście wszystko na potrzeby roli, wyszło to z resztą bardzo przekonywająco, bo Emma to ekscentryczka o wielkim sercu i poczuciu humoru, ale i tak ciężko było patrzeć na tą tą szara-myszka wersję aktorki. :) Warto też zaznaczyć, że dawno w kinie nie śmiałam się tak dużo i tak głośno, zaś po odgłosach z sali kinowej mogę powiedzieć to samo o innych. Emma i Dexter rozbawili mnie tyle razy, że ciężko byłoby nawet wskazać jedną najśmieszniejszą scenę. Jest mnóstwo gagów i słownych gierek, więc zapewniam, że dla każdego coś dobrego. ;)

Filmów o niemal identycznej fabule było już wiele, a jednak "Jeden dzień" wzruszył mnie bardzo i wychodząc dziękowałam niebiosom, że w Neptunie z sali kinowej wychodzi się od razu na dwór, a nie idzie przez długie, oświetlone korytarze, jako że wpadłam w totalną histerię i nie mogłam przestać płakać (a wolałam jednak oszczędzić innym swojego widoku). Później cały czas rozmyślałam, jakie to życie pisze pogmatwane scenariusze, bo chociaż przewidziałam ok. 90% scen, to i tak ciężko nad tym wszystkim przejść do porządku dziennego. "Jeden dzień" pokazuje myślę wiarygodny obraz świata i życia, gdzie chwile i słowa wpływają na całą przyszłość człowieka. To smutna wizja, lecz prawdziwa, zaś po filmie na pewno każdy dwa razy pomyśli nim coś zrobi czy nawet powie.




1 komentarz: