wtorek, 15 kwietnia 2014

Ja, absolwentka, i moja karma

Nigdy nie obejrzałam w całości filmu pt. "Absolwentka", ale chociaż do ukończenia studiów (tak w pełni) brakuje mi ponad roku, to chyba zaczynają się u mnie pojawiać pierwsze symptomy syndromu absolwentki. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdiagnozowano medycznie taki syndrom, nie dbam o to, jak go po prostu mam. Objawia się on przede wszystkim totalnym rozkojarzeniem i niekończącymi się rozważaniami na temat niepewnej przyszłości. Nie, to nie stan zakochania (a przynajmniej nie on gra tu pierwsze skrzypce), to nie jest też PMS ani Weltschmerz, ale syndrom ten daje równie ciekawe odczucia. To trochę tak, jakby zupełnie znikąd, z dnia na dzień ujawniła się u mnie taka pełna dorosłość. Taka potrzeba usamodzielnienia się, spojrzenia na przyszłość w zupełnie inny niż dotąd sposób. Zawsze wiedziałam, że w wieku 25+ lat pójdę na swoje, że zacznę się stopniowo uniezależniać od matecznika, powoli zbliżać się krok po kroku do krawędzi gniazda (raz po raz popychana przez rodziców), aby w końcu rozwinąć skrzydła i się z domu ulotnić. Tymczasem mam na karku niespełna 23 lata i pewnego pięknego, marcowego poranka (chociaż nie jestem pewna, czy był on taki piękny) nagle obudziłam się z myślą, że to już ten czas. Moje wyfrunięcie nie stanie się dzisiaj, ani jutro, ani nawet za rok, ale wiem, czuję w kościach, że już dzisiaj powinnam zacząć działać nieco inaczej, myśleć bardziej perspektywiczne, aby ta droga opuszczania gniazda, ten tor lotu były jak najprzyjemniejsze.



niedziela, 3 czerwca 2012

The thought of all the stupid things I've done...

Odnoszę wrażenie, że ludzkie życie nie dzieli się na etapy dzieciństwo, okres dojrzałości itd... To raczej okresy pomiędzy kolejnymi wydarzeniami, które dzielą to życie na części "przed" i "po". Nie są to byle tam wydarzenia, ale te bardzo znaczące, które sprawiają, że nie można już bezpośrednio łączyć ze sobą czasów przed i po, bo zostały one na stałe rozdzielone i za bardzo różnią się stanem rzeczy, aby je połączyć na nowo. Można tu wyróżnić pozytywne chwile tego typu - ślub, pierwsza praca, pójście na studia... Jednak w moim przypadku mowa tu tylko i wyłącznie o wydarzeniach przykrych, które trwale odcisnęły bądź dopiero odcisną się na moim życiu. Jeden z nich miał miejsce dobrych kilka lat temu, kolejny niespełna dwa tygodnie temu. I to dość zabawne, że oba te wydarzenia są wynikiem klasycznego zaniedbania i oba ściśle wiążą się z pojazdami mechanicznymi. I paradoksalnie, w każdym z nich byłam po innej stronie barykady, czy raczej powinnam użyć wyrażenia po innej stronie maski. 


sobota, 10 marca 2012

Sometimes you just need to start again in order to fly

Kwartał to naprawdę kawał czasu, a patrząc na datę mojej ostatniej notatki tutaj - prawie tyle czasu minęło. Nie znam dokładnej definicji bloga osobistego, mogę się jednak tego i owego domyślać, i dochodzę do wniosku, że jako autorka mam prawo robić z nim, co chcę. A jednak czuję, że nieco zawiodłam - jednak zawsze tu wracam i teraz dzieje się dokładnie to samo.

Być może ktoś, kto od czasu do czasu poświęcał te kilka sekund na wpisanie adresu mojego bloga w wyszukiwarkę, czeka na jakieś sprawozdanie (najlepiej udokumentowane fotograficznie) z tego, co się ze mną działo ostatnimi czasy. Niestety, nie podróżowałam praktycznie w ogóle, nie poznałam zbyt wielu nowych ludzi ani nawet nie przefarbowałam włosów. Ciekawe, bo jednak czuję się, jakbym naprawdę wróciła (wracała...?) z dalekiej podróży. Tak naprawdę nie wiedziałabym, jakimi słowami określić to, co się działo. Nie tylko dlatego, że ogólnie było tego dużo (a jednak!), ale po prostu byłby to już nie wiem, który raz, kiedy opowiadałabym tą samą historię, a mimo wszystko wydaje mi się, że to wszystko jest nie do opowiedzenia. 

Rzadko mi się to zdarza, ale posklejałam zdjęcia z ostatnich trzech miesięcy, tworząc taki mini kolaż odnośnie minionych wydarzeń. Nie używałam swojego aparatu zbyt często, stąd kilka zdjęć poniżej pochodzą z mojego telefonu, ale postanowiłam wykorzystać wszystkie możliwe źródła fotografii, aby chociaż w małym stopniu jakoś skleić w jedną całość to wszystko, co już za mną. 


Nie doszukujcie się sensu w niektórych ze zdjęć powyżej, bo są tu takie, które umieściłam "bo tak mi pasowało". :) A jak wiadomo nie każdy ruch przedstawicielki płci żeńskiej naznaczony jest jakąkolwiek logiką.

A odbiegając już od tematu tego, co było (czyli wstępu w mojej notce), i szybko przechodząc do jej zakończenia (ha, nie spodziewajcie się rozwinięcia!), to cieszę się każdym promieniem słońca i każdym ciepłym wieczorem. Wiosna to moja ulubiona pora roku, o tym wspominałam pewnie nie raz. Powtarzać to mogę again and again, jeśli tylko przysporzy mi to więcej tego cudownego ciepła i słońca. To niesamowite, jak pogoda dobrze robi człowiekowi na psyche. Nieważne, czy masz burdel w życiu czy tylko w torebce, nieważne, czy starczy Ci pieniędzy na wszystko, co sobie zaplanowałaś w danym miesiącu, i już broń Boże nieważne, czy jakiekolwiek zaplanowane wcześniej rzeczy udaje Ci się zrealizować - jedno słoneczne popołudnie, kilkanaście minut, kiedy nie musisz się martwić o zapięty płaszcz, a po dworze śmigasz już w balerinach - wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Ja się po prostu wyłączam. Cudowne chwile na oddech, na oddech bez skrupułów, bez wstydu i bez wiecznego zamyślenia.

Wiosna, ach to ty.


niedziela, 18 grudnia 2011

Cause I'm having a good time, having a good time!

Święta, Święta i po... robocie. :) Im bliżej do Świąt, tym ciężej zebrać się do kupy, żeby zrobić cokolwiek ku chwale mojej edukacji. Tak jak w zeszłym tygodniu (no, może tydzień przed tym zeszłym tygodniem...;)) mogłam siąść o każdej porze dnia i nocy i wykrzesać z siebie kilka(naście) stron projektu i Bóg wie czego, tak teraz czas przelatuje mi przez palce jak za dawnych, dobrych, pierwszorocznych czasów. Zrzucam to wszystko na świąteczne klimaty, które powoli wdzierają się w moje życie i dlatego staram się nie mieć wyrzutów sumienia. :) Raz kozie śmierć, conie.


Na tą właśnie świąteczną atmosferę zrzucam też winę za zaistnienie na moim blogu tak dawno nie widzianych zdjęć z kategorii "auto". :) Jak by to można określić ich motyw przewodni - mam, to se majtam, czyli studium włosów mych.

Wracając jednak na te bardziej egzystencjonalno-życiowe tematy, to grudzień zleciał mi tak niewyobrażalnie szybko, że dopiero dzisiaj, gdy na mojej wiosce padał śnieg, dotarło do mnie, że faktycznie czegoś mi ostatnio brakowało i wiem już, czego - mrozów. :) Tygodnie pędziły jeden po drugim i tak naprawdę do dzisiaj jakoś nie odczuwam zmiany czasu na zimowy, że robi się wcześnie ciemno, ani tego, że ogólnie mamy już praktycznie ZIMĘ. Ostatnimi czasy myślami byłam dłuuuugo po Świętach, czyli w SESJI, która również nadejdzie tak szybko, jak Boże Narodzenie. 7 egzaminów i 2 mega projekty do zdania wydają się czymś niemożliwym na chwilę obecną, ale lubię sobie mówić, że nie z takich głębokich *up udawało mi się jakoś wykaraskać. :) Słowem klucz jest tutaj jednak to "jakoś", bo z racji ambicji na przyszłoroczne stypendium jakość na poziome "JAKOŚ" jest zdecydowanie niezadowalająca i dlatego chcę uruchomić wszystkie możliwe motorki w *upci i zasuwać jak nigdy. ;pp


Tak więc listopad i grudzień do dzisiaj upłynęły mi przede wszystkim na ogarnianiu wszystkiego. Jednak po czwartkowej imprezie zatęskniłam za stanem nicnierobienia, czystego konta i totalnego braku roboty i dlatego z utęsknieniem wyczekuję tych magicznych kilku dni między sesją a nowym semestrem, kiedy to mam zamiar obijać się do granic możliwości i bawić się do upadłego. :) Wspominając jednak o czwartkowych wojażach muszę przyznać, że dawno nie bawiłam się tak dobrze i tak mocno i tak studencko, mając tu jednak na myśli same dobre rzeczy. :) No, może znajdzie się kilka wyjątków (idąc na imprezę integracyjną z parlamentem uczelnianym NIE MÓW ZA DUŻO - taka rada cioci Hani), ale tak czy siak - już zacieram rączki na powtórkę.


Chyba na tyle mam dla Was dzisiejszego przekazu. Nie odzywałam się dawno, ale miałam fazę na modę (w sumie nadal mam, ale się opanowuję) i nie chciałam tutaj mieszać za bardzo tą dziedziną (jednak oddzieliłam to zainteresowanie od tego bloga, zakładając osobną stronę - adresu nie podam, ale odnalezienie go jest banalnie łatwe :P). Ale jak patrzę na daty to tam również ucichłam... Może nastąpiło jakieś chwilowe wypalenie, nie wiem... Wkrótce jednak nadejdą te całe Święta i na pewno kilka zdjęć na kartę pamięci wpadnie. :) Np. dzisiaj, bo dziś wieczór misja pierniki w drugiej odsłonie - po wczorajszych kruchych, przyszedł czas na te miękkie, alpejskie, z nadzieniem. :))


Życzę owocnych przygotowań do Tego Jedynego Dnia w Roku (określanego przez mojego Lubego największym oszukaństwem na świecie - szykujemy się kilka(naście) tygodni na 4godzinne spotkanie) i wytrwałość w kolejkach do kas. ;))


Buźka!




czwartek, 17 listopada 2011

Nadmiar a brak i jak sobie z tym radzić



Relaks. Dziś wieczór (noc) czas na relaks. O wyspaniu się nie ma mowy, ale to pierwszy wieczór od kilku dni (a wydaje się, jakby tygodni...), kiedy nie muszę na następny dzień zrobić czegokolwiek. Cudowny to czas, włączyć serial, na który nie znalazłam "luki" w planie dnia jak dotąd... Czwartki są cudowne. :) Zajęcia kończę o 10 i resztę mam absolutnie GDZIEŚ. Zwykle wykańcza mnie podróż autobusem, która wlecze się w nieskończoność, ale wizja wolnego popołudnia/wieczoru jest zbawienna.


Prawda jest taka, że ten krótki wstęp powyżej może świadczyć o moim przemęczeniu i przesyceniu, a tymczasem jest zupełnie inaczej. Ostatnie trzy dni to prawdziwy kalejdoskop, czas płynie mega szybko, a jednak niedziela 13.11 wydaje mi się tak bardzo odległa, że sobie nie wyobrażacie... Nie wiem, z czego to wynika, ale mam pewien pomysł - chyba z tego, że w końcu mam ręce pełne roboty i jestem z tego powodu naprawdę szczęśliwa. Dawno nie użyłam tego słowa w okolicznościach innych niż nowo kupione buty/spodnie/sukienka. I chociaż dzisiaj też mogłabym go użyć w tym znaczeniu (moja sukieniunia nieustannie zachwyca), to wiem, że w rzeczywistości nie kolejne wydane pieniądze mnie cieszą i to nowość, dawno niezaznana w moim przypadku. :) Bo nie mówię tutaj też o satysfakcji, nie tylko. Pierwszy raz od nie wiem, jak dawna, spełniam się w tym, co robię. Kto by pomyślał, że studiując zarządzanie, które męczy mnie niezmiernie, znajdę sobie "na boku" coś, co sprawi, że nawet te bzdurne przedmioty wchodzące w program studiów nie zrujnują mi mojego nastawienia.


Dawno też nie miałam tyle roboty, co teraz. Na dodatek w skład tej "roboty" wcale nie wchodzi (na razie) nauka, więc poniekąd obawiam się zbliżającej się wielkimi krokami sesji. Mam jednak wrażenie, i tu się raczej nie mylę, że im więcej ma się na głowie, tym więcej ma się czasu. Paradoks, to prawda, ale w moim przypadku się sprawdza. Moja koleżanka zadała mi ostatnio pytanie "jak ty to robisz?" i chociaż poczułam się przez to nieco staro, jak jakaś matka Polka, która dokonuje Bóg wie czego (taka jakby Hanka Mostowiak; btw. pokój jej duszy!), ale jednak zrobiło mi się miło, że przynajmniej z boku wyglądam na ogarniętą. :) Fakt jest, że na początku takiego zgiełku zadań ciężko jest z własnego punktu widzenia zauważyć w tym wszystkim jakąś organizację, harmonię, jednak po czasie i po takich słowach od kogoś z zewnątrz, dochodzę do wniosku, że faktycznie jakoś godzę ze sobą to wszystko. Jak na razie.

Wieczór - ideał! + gazetka i byłoby jak w niebie.

Moje szczęście jest tym większe, że przede wszystkim powoli dopinam swego - pierwszy rok studiów najnormalniej w życiu przebimbałam. Bo co z tego, że uczyłam się dodatkowo angielskiego (jak zwykle zresztą) lub dostawałam dobre oceny... Tak naprawdę nie robiłam zbyt wiele, a czas przelatywał mi między palcami. Wracałam do domu i całymi godzinami oglądałam seriale, buszowałam po sieci, przeglądałam kwejka itd. Pewnie w porównaniu z innymi, nie było to jakoś nadzwyczajnie czasochłonne, ale sama ze sobą czułam się źle. Pamiętam, jak kuzynka na 19-ste urodziny (przed studiami) składała mi życzenia, abym "wykorzystała studia w pełni, bo to ostatni dzwonek, aby korzystając z garnuszka rodziców rozwijać się i bawić". Tymczasem kolejna seria House MD czy Gossip Girl na pewno donikąd by mnie nie zaprowadziła, a garnuszek rodziców nie zostałby jakoś bardzo naruszony (z ich punktu widzenia nie taka zła ta opcja).



Nie wiem, jak to jest z Wami, ale w moim przypadku taki nawał roboty (pomijając naukę) jest najlepszym lekarstwem i najlepszą odskocznią od listopadowej chandry, przymrozków i nieustającego mroku za oknem. Tak naprawdę nie zauważam, kiedy dzień zamienia się w noc i odwrotnie, bo w ciągu dnia (zwłaszcza pon.-śr.) moje chwile na dworzu to przemieszczanie się między wydziałami na PG. Tak czy siak, nie zamieniłabym tego napiętego terminarza na ten pusty sprzed roku. Jestem pedantką, a dzięki ograniczonemu czasowi i liczbie zadań na "TO-DO-LIST" wszystko mam w miarę poukładane, więc przeżywam pedantyczną ekstazę (już nie będę używała tu tego "mocniejszego" synonimu, ale generalnie wiecie, o co kaman ;)). A jak już połechcę sobie swój pedantyzm tym porządkiem, a ego efektami tego zorganizowania i zaangażowania, to zawsze przychodzi taki moment, jak ten dzisiaj, kiedy bez skrupułów włączę swój serialik i wzorem przyzwyczajeń sprzed roku, pozwolę, aby te 44 minuty przeleciały mi przez palce. I wcale nie denerwuje mnie to, że muszę wybierać między serialem a nadrobieniem zaległości w prasie (ostatnio stałam się wielką fanką magazynów, dawno tego u mnie nie było). W końcu zawsze znajdzie się chwila w autobusie czy na wykładzie, aby nadrobić wszelkie zaległości ze świata gazet. :)




Mam nadzieję, że tej jesieni/zimy Wy także znajdziecie sobie jakieś zajawki, które pozwolą Wam zapomnieć o kryzysie i stale rosnącej cenie benzyny. W gruncie rzeczy, na to wszystko znajdzie się sposób jeśli tylko człowiek się ogarnie. :) A nie ma lepszej metody na więcej czasu niż jego brak. 




PS. Dopóki zajawki nie znajdziecie, zachęcam na wybranie się do kina. :) Poza "Jeden dzień", który TRZEBA obejrzeć, "Listy do M." też dają radę.





sobota, 12 listopada 2011

One day

Obecny weekend z góry przeznaczyłam na dwie sprawy - projekty semestralne (na PG semestr kończy się zaraz po Świętach, także wbrew pozorom nie zostało zbyt wiele czasu) oraz kino. Szykowały się dwie premiery - nasze polskie "Listy do M." i "Jeden dzień". O ile ten pierwszy ma dość rozbudowaną kampanię reklamową, to o drugim dowiedziałam się zupełnie przypadkiem z Filmwebu. Kliknęłam na "Jeden dzień" w dziale "Nadchodzące premiery" i oczom moim pojawiły się nazwiska - Hathaway i Sturgess. Strzał w dziesiątkę. Poza samymi aktorami, uwagę przykuł także plakat - jako że jest w kolorystyce typowej dla mojego stylu fotograficznego. Zdjęcie jest naprawdę piękne, zresztą to samo mogę po obejrzeniu powiedzieć o samym filmie.

Warto jednak zaznaczyć, że próżno szukać tej produkcji w repertuarze multipleksów. Niestety, większość kin postawiła na mierny "Wyjazd integracyjny", który nie śmieszy nikogo, czy jakieś filmy sci-fi, które nijak mają się do mojego gustu kinowego. W związku z tym na "Jeden dzień" wybraliśmy się z Lubym do zabytkowego wręcz kina Neptun na naszej gdańskiej Starówce. Ostatni raz byłam tam kilka lat temu, w liceum, jako że nasza szkoła (równie zabytkowa) ilekroć miała organizowane zbiorowe wyjścia do kina (fundowane przez Prezydenta Miasta), zawsze wybierała Neptun. Lubię myśleć, że to ze względu na chęć utrzymania tradycji tego miejsca, ale myślę, że głównym argumentem przemawiającym na korzyść tego akurat kina są koszta - które w tym przypadku są stosunkowo niskie w porównaniu z multipleksami. Tak czy siak, miło było tu powrócić, chociaż jestem już tak zmakdonaldyzowana, że kino bez popcornu (zwłaszcza, gdy cały dzień szczędziłam sobie jedzenia, by móc bez skrupułów nadrobić to popcornem) jest ciężkie do zniesienia, a w Neptunie próżno szukać jakiegokolwiek stoiska z przekąskami czy nawet automatu. Dlatego właśnie na sali usiadłam nieco naburmuszona, aby po pierwszych minutach filmu zupełnie zapomnieć o całym świecie naokoło, o burczącym brzuchu czy czekającą mnie w domu robotą. Bo "Jeden dzień" sprawia, że to wszystko przestaje mieć po prostu znaczenie.

Jeśli ktoś nie słyszał jeszcze nic o tym filmie, w skrócie powiem, że jest on oczywiście o miłości. O miłości dwojga młodych ludzi, których losy są sprytnie przedstawione przez ponad 20 lat ich życia, od ukończenia studiów w 1988 roku, do roku 2011. Troszkę jednak zakłamali sens filmu - z zapowiedzi zrozumiałam, że Emma (Hathaway) i Dexter (Sturgess) co roku 15 lipca spotykają się, żeby opowiadać sobie o swoich rozterkach, miłościach, pracy itd. Tymczasem forma jest nieco inna - owszem, wszystko w nim przedstawione dzieje się zawsze 15 lipca, jednak jest raczej sposób na przedstawienie "przekroju" ich losów, ponieważ nie zawsze dochodziło do spotkania, czasem nawet ze sobą nie rozmawiali. Myślę, że tym sprostowaniem nikomu nie zepsułam możliwości oglądania, a przynajmniej mam taką nadzieję. ;)

Dobór aktorów był naprawdę udany, dobrze było znów zobaczyć na ekranie Jima Sturgess'a, którego po kultowym "Across the universe" kocham miłością nieprzerwaną. I trzeba przyznać, że w "Jednym dniu" gra znakomicie - w pierwszych scenach ujął mnie za serce zarówno wyglądem (achhhh), jak i sposobem bycia, mówienia, ogólnie wszystko mi się w nim podobało. W środku filmu nienawidziłam go szczerze i uważam, że to jego ogromny sukces, bo w jednym filmie, poza zasługami charakteryzacji, był zupełnie innym człowiekiem, inaczej mówił, zachowywał się, gestykulował. Naprawdę zaskoczyły mnie jego zdolności kreowania postaci, bo gdyby wyciąć różne momenty z filmu, w każdym z nich był inny. Jeśli zaś chodzi o Anne Hathaway, większość filmu spędziłam ubolewając nad jej fryzurami i ubiorami, jako że przez charakteryzację straciła całe swoje piękno i wdzięk. Oczywiście wszystko na potrzeby roli, wyszło to z resztą bardzo przekonywająco, bo Emma to ekscentryczka o wielkim sercu i poczuciu humoru, ale i tak ciężko było patrzeć na tą tą szara-myszka wersję aktorki. :) Warto też zaznaczyć, że dawno w kinie nie śmiałam się tak dużo i tak głośno, zaś po odgłosach z sali kinowej mogę powiedzieć to samo o innych. Emma i Dexter rozbawili mnie tyle razy, że ciężko byłoby nawet wskazać jedną najśmieszniejszą scenę. Jest mnóstwo gagów i słownych gierek, więc zapewniam, że dla każdego coś dobrego. ;)

Filmów o niemal identycznej fabule było już wiele, a jednak "Jeden dzień" wzruszył mnie bardzo i wychodząc dziękowałam niebiosom, że w Neptunie z sali kinowej wychodzi się od razu na dwór, a nie idzie przez długie, oświetlone korytarze, jako że wpadłam w totalną histerię i nie mogłam przestać płakać (a wolałam jednak oszczędzić innym swojego widoku). Później cały czas rozmyślałam, jakie to życie pisze pogmatwane scenariusze, bo chociaż przewidziałam ok. 90% scen, to i tak ciężko nad tym wszystkim przejść do porządku dziennego. "Jeden dzień" pokazuje myślę wiarygodny obraz świata i życia, gdzie chwile i słowa wpływają na całą przyszłość człowieka. To smutna wizja, lecz prawdziwa, zaś po filmie na pewno każdy dwa razy pomyśli nim coś zrobi czy nawet powie.




sobota, 5 listopada 2011

Nadchodzi zima zła

Robiąc zdjęcia do tego posta wyciągałam kolejno ostatnio kupione rzeczy i z lekkim rozbawieniem zauważyłam, że wszystkie mają jedną wspólną cechę - są ultrachłodoodporne. Bawi mnie to tym bardziej, że mając 5 listopada w kalendarzu, pogoda do tej pory rozpieszcza nas całkiem całkiem (znając życie, jutro będzie lodowato, po wykrakałam - biorę to na siebie!). O tej porze 12st. w dzień? Jakiś żart. Na południu jeszcze lepiej - 15st. (niech im niebiosa jakoś wynagradzają zwiększoną zachorowalność na raka i powodzie). Mimo to moja podświadomość chyba chce przechytrzyć los i tak kieruje mną podczas zakupów, że kończę ze stertą swetrów, futerek i ocieplaczy. Zobaczymy, jak na tym wyjdę, chociaż nie powiem - wizja tych 30st. mrozów utwierdza mnie w słuszności moich działań. :) 


Opisując poszczególne przedmioty ze zdjęć, zaczynam od mega cieplutkiego swetra z warkoczami. Upolowany w ciucholandzie, idealnie wpasowuje się w obecne trendy i w mój zamiar oszczędzania (kosztował jakieś 12zł). Te wieśniackie, jak pewnie pomyślicie, skarpety to mój nieodłączny element ubrania "podmokowego" - gdy wracam z zajęć i przebieram się w dresik (a jakże), pierwsze po co sięgam to te dziergane przez jakąś góralkę skarpety. :) Mówię góralkę, bo przywiozła mi je mama z Zakopanego. W gruncie rzeczy nijak mają się do naszej stolicy Tatr, bowiem opatrzone były etykietą "Made in China", ze wzmianką "overknees" - co jest zabawne zważywszy na ich długość ledwo przekraczającą 1/3 łydki. :)

Przechodząc do następnego zdjęcia, już wyobrażam sobie te myśli "ale siara", które wpadną Wam do główek. :) Tak, ja też przez ostatnie sezony wyśmiewałam wszystkie posiadaczki butów "emu", które podążały ulicami miast nie zważywszy na niemiłosiernie powyginane pięty i totalnie zjechane podeszwy. Zawsze zastanawiałam się, jak to jest być tak koślawą - bo nieraz wyglądało to przekomicznie. A jednak w tym roku obudziła się we mnie niepohamowana chęć dołączenia do grona tych wszystkich panien. Na pewno swoje macki działała w tym wspomniana wcześniej podświadomość - nie wiem, skąd u mnie taka zachcianka, ale pomimo ogromnych starań i tak wylądowałam przy kasie z pudełkiem nowych Emu. Czasami jednak wychodzi ze mnie tzw. "meciara" i nie potrafiłam odmówić sobie zakupu oryginalnych butów. Ilekroć sprawdzam saldo konta bankowego, nachodzi mnie myśl, że chyba zwariowałam przeznaczając tyle pieniędzy na parę kamaszy, które zdaniem mojego Lubego wyglądają jak wkładki do butów narciarskich/snowboardowych (gdy zobaczył mój nabytek, usłyszałam "no, wkładki do butów już masz, teraz czas na resztę - wiązania, deskę"). Dodatkowo co rusz nerwowo sprawdzam, czy buty już wyginają się na piętach - po dwóch (trzech?) dniach chodzenia jeszcze się trzymają. :) Podsumowując całą przygodę z Emu, wydałam kilkaset złotych na buty, które ma co druga dziewczyna na ulicy i które można kupić za ok.25zł, wolny czas natomiast spędzam wyczekiwaniem, aż się rozwalą. :) Taaak, to bardzo logiczne i zrozumiałe. Pomimo tych wszystkich niedogodności, nie zmieniłabym decyzji o zakupie. Są tak ciepłe, że chodzę w nich cały czas i dzięki nim wyczekuję pierwszych mrozów (do czasu, gdy zaliczę pierwszą chlapę i moje buty zamienią się w basen). 


Rudy komin (H&M) i czapka z Zakopanego (kolejny prezent od mamy) wyglądają jak komplet i są bardzo udanym zestawem. I chociaż nie miałam możliwości założyć ich razem (w przeciwieństwie do Emu, czapa z taką ilością futra, wełny i Bóg wie czego, raczej nie przepuszcza powietrza zbyt skutecznie), to jestem przekonana, że będą bardzo oryginalnym akcesorium na zbliżającą się zimę. Mówiąc oryginalnym wyobrażam sobie te wszystkie spojrzenia przechodniów wyrażające nic innego jak komiczny śmiech (śmiechu w postaci dźwięku również się spodziewam), jako że czapka jest ogromna i mówiąc ładnie nawiązuje do zamierzchłych czasów PRL. :) Jednak jej właściwości grzewcze przeważają szalę na stronę "będę ją nosiła" i mam zamiar ignorować wszelkie śmichy-chichy. ;)


Kolejny prozimowy nabytek to etola ze sztucznego futerka (H&M, a jakże). Jak zwykle znalazłam sposób, jak się wycwanić i z dwóch must-have zrobić jeden. :) Oczarowały mnie swetry z wszytymi wstawkami ze sztucznego futerka typu:

 
 

Jednocześnie chciałam kupić klasyczną futerkową etolę i używać jej jako szalika:


Ameryki pewnie nie odkryłam, ale wystarczy kupić etolę i według uznania nosić ją jak na zdjęciach powyżej lub rozłożoną, przypiętą od spodu agrafkami, jako wstawka do rozpinanego swetra czy marynarki. :) (aby uzyskać efekt jak z wcześniejszych zdjęć).


Ostatnim zakupem w klimacie zimowym był sweter z H&M (a jakże). Jakże dorośle i "rozsądnie" się poczułam, gdy pierwszy raz w życiu zwróciłam uwagę na materiał. Nigdy lub bardzo rzadko biorę pod uwagę ten czynnik zakupu, a tym razem kierowałam się tylko nim. Od dawna czaiłam się na sweter z nowej kolekcji z plecionym jak warkocz kołnierzem (klik!). Trochę się naczekałam, ale w końcu dopadłam go w sklepie. Cena obiecująca, ale po przymierzeniu entuzjazm gdzieś zaginął - na wieszaku ubranie wyglądało fatalnie, rozciągało się pod ciężarem klipsów antykradzieżowych... Zrezygnowałam z zakupu, a przy następnej wizycie w H&M trafiłam na wyprzedaż sweterków na dziale dziecięcym - tym razem trafiłam na ten ze zdjęcia powyżej, przeceniony na 30zł (z 99,90zł, więc nieźle) i z dodatkiem angory. :) W dotyku jest mega mięciutki, ten drugi w ogóle się nie umywa. Jakość obu na pewno nie powala, ale jednak angora to angora (co z tego, że 5%, hehe :D). 

Zabawne, w poście chciałam pisać o czymś zupełnie innym niż moda, a jednak rozpisałam się chyba za bardzo... Przynajmniej nie jestem gołosłowna kiedy pisałam Wam kilka notek temu, żebyście się spodziewali inwazji modowych newsów. :) Tymczasem życzę udanego wieczoru i jutrzejszej niedzieli. Ja spędzam ją aktywnie - Gdańsk Biega. :) Po ostatnim Biegu PG (zeszły piątek) i poprawieniu swojego wyniku na 5km o całe 4 minuty, znów poczułam potrzebę częstszego biegania. I chociaż pogoda skutecznie mnie zniechęca (wieczorem, kiedy biegam, jest już naprawdę zimno, pomimo tych "upałów" za dnia), to staram się nie tracić werwy i biegać. Czasem idzie bardzo opornie, ale raz na kilka razy zdarza jestem tak mega zadowolona i tak świetnie się czuję, że jestem w stanie przeboleć wszystkie niedogodności byle od czasu do czasu poczuć się tak wybieganą. :)

Na koniec piosenka z nowej płyty Coldplay - jak na mnie przebiła "Every teardrop is a waterfall" jakieś 1000 razy. :) Enjoy!